Radnych w dzielnicach wybierze garstka mieszkańców?

Autor: redaktor / Opublikowano: 04 stycznia 2011

W najbliższą niedzielę w Krakowie wybory do rad dzielnic, o których – jak przyznają sami działacze samorządowi – mało kto z mieszkańców wie! O udział apelować mają księża po mszach, ale i tak frekwencja może być bardzo niska.

Jeśli ktoś ma w planach, by pod koniec tego tygodnia wybrać się na wybory do rad dzielnic, powinien wpierw sprawdzić, czy ma po co wychodzić z domu. W 12 okręgach (rejonach dzielnic) wybory się nie odbędą, bo w każdym do walki o mandat zgłosił się tylko jeden kandydat i to on automatycznie zostanie radnym. W ośmiu okręgach zgłoszeni to kandydaci Platformy Obywatelskiej, w pozostałych – niezależni działacze społeczni.

Najwięcej zaangażowania w wybory wykazuje właśnie PO. – Ze względu na małą wiedzę mieszkańców o tych wyborach wykorzystujemy swoje plakaty i strony internetowe nie tylko jako element promowania nazwisk naszych kandydatów. Wypuściliśmy też serię plakatów, które po prostu przypominają mieszkańcom, że wybory w ogóle się odbywają – mówi Grzegorz Stawowy, szef klubu PO w radzie miasta.

Wybory do dzielnic zwyczajowo odbywały się razem z wyborami do rady miasta i prezydenckimi. Tym razem jednak w Krakowie ustalono, że będzie inaczej. Zdecydowały o tym głosy radnych z Prawa i Sprawiedliwości oraz związanych z prezydentem Jackiem Majchrowskim. Datę wyznaczono na 9 stycznia 2011 r., czyli w ostatnim dniu długiego weekendu po święcie Trzech Króli, kiedy spora część krakowian będzie poza miastem. Do tego, jak zawsze w drugą niedzielę stycznia, trwać będzie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, absorbująca uwagę mediów; także lokalnych…

- Szykujemy się na niską frekwencję, rzędu 5-7 proc. – uważa radny Stawowy.

Podobnego zdania jest radny Mirosław Gilarski z popierającego taki termin klubu PiS-u. – Frekwencja będzie oscylować między 5 a 10 proc. – zależnie od okręgu. Doświadczenia Poznania na to wskazują – potwierdza.

Radni PiS-u twierdzili, że zmiana podniesie rangę wyborów oraz uzmysłowi wyborcom, czym różni się rada dzielnicy od rady miasta. – W poprzednich wyborach ludzie często zapominali, że aby wybrać radnego dzielnicowego, muszą pójść do innego pomieszczenia, gdzie czeka na nich druga komisja. Robił się bałagan i ci, którzy w ogóle zagłosowali, robili to na szybko, idąc za szyldem partyjnym. Zmiana terminu była dobrym pomysłem – upiera się Gilarski. – Zależało nam też, by kandydaci na radnego nie mogli informować o swojej przynależności partyjnej. Co najwyżej o poparciu jakiejś organizacji społecznej. Niestety, to nie przeszło. Chcieliśmy uniknąć głosowania na partię, a nie na człowieka. W Krakowie w wyborach do rad dzielnic ludzie głosowali bowiem tak jak do rady miasta – na partie, co dawało fory PO, cieszącej się największą popularnością.

Gilarski przypomina też, że podobne rozwiązanie zastosowano w Poznaniu i tam rzeczywiście nikt nie myli już wyborów do rady miasta z wyborami dzielnicowymi. Tyle że frekwencja, już po raz drugi, wyniosła zaledwie 8 proc. Tymczasem w wyborach w 2006 r. w Krakowie, mimo sygnalizowanego przez PiS zamieszania, w głosowaniu w dzielnicach uczestniczyło 38 proc. uprawnionych (do rady miasta 42 proc., o dzielnicach zapomniał więc tylko co 10. głosujący).

Jak do wyborów dzielnicowych podchodzą partie, pokazuje lista kandydatów. W walce o ponad 360 mandatów PO zarejestrowała ich 299, PiS zaś 85. – W maju 2010 r. zaczęliśmy wyłaniać kandydatów. We wrześniu mieliśmy już kompletną listę, obecnie widoczną na obwieszczeniach wyborczych – mówi Stawowy. – W niektórych okręgach mieliśmy problem, bo o jeden mandat chciało się bić kilku członków naszej partii. Nim zostaną radnymi, naszym ludziom robimy szkolenia, by wiedzieli, co mogą jako „dzielnicowi” – dodaje.

- Nie chcieliśmy nikogo zmuszać do udziału. Część z naszych sympatyków zarejestrowała się też np. jako kandydaci innych komitetów. Byli przekonani, że pod szyldem PiS-u nie mogą startować. Poza tym nie pchamy się z plakatami, bo zakładamy, że najlepsze efekty daje indywidualna kampania „od drzwi do drzwi” – tłumaczy Gilarski słabe zaangażowanie jego partii w wybory dzielnicowe.

Miejska komisja wyborcza informuje, że m.in. ze względu na osobny termin wyborów ma kłopoty ze skompletowaniem składu członków komisji obwodowych. – Ludzie zaczęli się wycofywać w ostatniej chwili. Na razie wygląda na to, że sobie poradzimy, ale zaraz po świętach mieliśmy kłopoty – usłyszeliśmy od komisarzy. Oni też spodziewają się niskiej frekwencji.

Ponieważ wiedza o terminie wyborów do dzielnic wśród mieszkańców jest nikła, przewodniczący rady miasta Bogusław Kośmider uzgodnił z prezydentem Majchrowskim, że we wszystkich miejskich mediach pojawią się informacje o wyborach. Kośmider przekonał też księży, by w niedzielę po mszy odczytywali list zapraszający krakowian do udziału w wyborach.

Autor: Bartosz Piłat

 

Kategorie

Aktualności

 
 
 
  • RSS