Dzień i noc trwa heroiczna walka o kładkę na Wiśle

Autor: redaktor / Opublikowano: 19 maja 2010

19 maj 2010

Mieli budować kładkę, która połączy Podgórze z Kazimierzem. Teraz od trzech dni walczą, by nie porwała jej Wisła.

Plany były takie: pojutrze przęsło kładki leżące od kilkunastu dni na bulwarach miało być przerzucone na drugi brzeg. „Pomóc” miała Wisła i jej nurt, bo liczono, że przęsła przy wykorzystaniu siły rzeki zostanie obrócone jak wskazówki zegara i położone na barkach. Ale Wisła nie chciała pomóc. Od niedzieli robotnicy z firmy z Zawiercia toczą heroiczną walkę, by woda nie porwała 660 tonowej konstrukcji. – W niedzielę byłem już domu w garniturze, wybierałem się na komunię, a tu telefon z Krakowa – opowiada brygadier kierujący grupą robotników, którzy układają worki z piaskiem w rzece. Garnitur zamienił na żółty przeciwdeszczowy płaszcz. Nie rozstaje się z nim od trzech dni. – Specjalizujemy się we wznoszeniu konstrukcji mostowych. Mieliśmy budować kładkę, a musimy ją ratować. Robimy na trzy zmiany, dzień i noc. Na przemian kursują między hotelem, gdzie łapią parę godzin odpoczynku, a brzegiem Wisły. Ile spali? – Mało co – rzuca krótko brygadier. Bo gdyby Wisła porwała przęsło….- Zniszczyłaby niechybnie kolejne mosty na swojej drodze – nie ma wątpliwości Grzegorz Stawowy, były przewodniczący komisji planowania przestrzennego RMK.

- Jeszcze w niedzielę przed południem widać było bulwary. Najpierw zbieraliśmy sprzęt z budowy by go nie zalało: kontenery, butle, maszyny. A potem trzeba było już uciekać na górę – opowiada jeden z robotników. W poniedziałek odcięli specjalną belkę, po której kładka miała być opuszczona, by nie stanowiła tamy. Dodatkowo dociążono fundamenty. Ale to wciąż mało. Kierownik budowy biega nerwowo z telefonem w ręku. Klnie co chwila pod nosem na los, deszcz i stale przybierająca rzekę. Nie ma czasu nawet zamienić słowa. – Co panu powiem!? Lepiej niech pan ucieka z Krakowa, jak może – irytuje się. Bo teraz najważniejsza jest „ostroga”. Ostroga to falochron, jaki wokół przęsła robotnicy budują z worków z piaskiem. Inżynierowie wymyślili, że w ten sposób skierują nurt wody w innym kierunku.

Koparka po gąsienice zanurzona w błotnistej toni przerzuca więc worki na falochron. Do wody trafiło ich już kilka tysięcy. Ma przyjechać jeszcze dwanaście tysięcy kolejnych. Ale jest takie miejsce, gdzie koparka nie wjedzie, bo za głęboko. Łyżką też nie sięgnie. Tylko człowiek zdoła tam dotrzeć. Nie było innego wyjścia: na początek „ostrogi” budowniczy przyczepili stalową linę, drugi koniec zamontowali na brzegu. Robotnikowi założyli specjalną uprząż i dopięli go do liny. Od samego rana niczym linoskoczek przesuwa się od brzegu po wąskiej koronie „ostrogi”. Tam i z powrotem. Układa w rzece worki z piaskiem. W południe woda dochodzi mu do pasa, a on rzuca na wał worek za workiem. Ręce omdlałe, odmawiają posłuszeństwa, przed oczami już ciemno ze zmęczenia. Nie liczy ile już ich ułożył, a wózek dowozi kolejne. A worki jak kamienie wpadają do Wisły. Parę minut i zalewa je woda. I od nowa trzeba układać cały murek.

AUTOR: Jarosław Sidorowic

 

Kategorie

Gazeta Wyborcza, Ja w prasie

 
 
 

Tagi

 
 
  • RSS