Dzielnice: Wybory dla koneserów, rodziny i przyjaciół

Autor: redaktor / Opublikowano: 12 stycznia 2011

W wyborach do rad dzielnic wzięło udział niespełna 13 proc. mieszkańców Krakowa. To oni wybrali 372 radnych. W niektórych okręgach wystarczyło 30 głosów, by zostać radnym.

W 12 okręgach wyborcy w ogóle nie musieli fatygować się do lokali wyborczych. Tam radni zostali wybrani automatycznie, bo zgłosił się tylko jeden kandydat. By zostać radnym, wystarczyło im więc zebranie 25 podpisów z poparciem dla swojej kandydatury.

W innych okręgach wyborcy, nawet mając możliwość wyboru, niechętnie garnęli się do urn. Frekwencja w Krakowie wyniosła 12,74 proc. Oznacza to, że na ponad 572 tys. uprawnionych do głosowania mieszkańców Krakowa do lokali wyborczych poszło zaledwie 72 tys. Najwyższa frekwencja była w Swoszowicach, gdzie głosowało 21,37 proc. Mieszkańców, i na Wzgórzach Krzesławickich, gdzie do lokali wyborczych udało się 20,11 proc. mieszkańców; najsłabiej głosowano w Podgórzu Duchackim – 7,65 proc. i na Prądniku Białym – 8,82 proc.

Niska frekwencja to głównie wina przesunięcia terminu wyborów, które do tej pory odbywały się razem z wyborami do rady miasta i prezydenckimi. Dla porównania w wyborach do rad dzielnic cztery lata temu wzięło udział 38 proc. uprawnionych mieszkańców. Niedziela 9 stycznia nie dość, że była ostatnim dniem długiego weekendu, to jeszcze termin wyborów zbiegł się z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Choć frekwencja była wyższa, niż spodziewali się politycy PO, to wciąż wielu ekspertów i polityków zastanawia się, czy w przypadku tych wyborów można mówić o sensownej demokracji?

- To były wybory dla koneserów, dla najwierniejszych i najbardziej zaangażowanych wyborców. Oraz dla rodziny i przyjaciół, bo wiadomo, że w wielu przypadkach to oni wybrali radnych. Jeśli w dzielnicy uprawnionych do głosowania jest dwa tysiące mieszkańców, a głosuje 200, albo gdy o wyborze decyduje 50 osób, to czy jest to demokracja? Można się zastanawiać. Ale najważniejszy błąd tych wyborów to ich utrudnianie. Wyborcom nie można utrudniać demokracji, a zmiana terminu wyborów była utrudnieniem – twierdzi Jadwiga Emilewicz, politolog i specjalistka od samorządu terytorialnego.

Aż w 29 okręgach wystarczyło niespełna 50 głosów poparcia, by zostać radnym. W 12 następnych o wyborze decydował jeden głos różnicy między kandydatami. Najniższe poparcie miała kandydatka z dzielnicy IX, ale choć otrzymała 21 głosów, została radną. W innym okręgu kandydat, który w wyborach w 2006 roku zdobył 350 głosów i został radnym, w tych otrzymał zaledwie 39… i ponownie został radnym dzielnicy.

- Te wybory to jedna z większych porażek Krakowa. Wystarczyło w nich zagonić kumpli do urn, żeby zostać radnym. A przecież nie może być tak, że przez kilka lat kilkumilionowym budżetem rządzi po prostu grupa kolegów. To jest karykatura demokracji, która skończy się tym, że dzielnice będą kompletnie nieszanowane przez ludzi – twierdzi Grzegorz Stawowy, radny PO.

Innego zdania jest Mirosław Gilarski z PiS-u, który optował za przesunięciem wyborów. – To był dobry pomysł. Ludzie zauważyli te wybory, bo w mediach przetoczyła się dyskusja, której nigdy wcześniej nie było. Te 13 proc. mieszkańców, które głosowało, to byli ci, którym zależy na otoczeniu i ich najbliższym środowisku. Jeśli mieszkańcy nie chcą brać udziału w wyborach, to niech później nie narzekają. Ja wolę 13 proc. świadomych mieszkańców niż 40 proc., z których większość głosuje przypadkowo. Zresztą frekwencja w wyborach nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest to, że ludzie zaczęli głosować na kandydatów, a nie na partie – mówi Gilarski.

Pod tym względem PiS może mówić o sukcesie. Tylko w V dzielnicy po niedzielnych wyborach PO może rządzić samodzielnie, podczas gdy cztery lata temu miała większość w większości dzielnic. Na 372 radnych 102 weszło do dzielnic z ramienia PO, a 22 z PiS-u (część partyjnych kandydatów nie występowała pod szyldem partii). Wielu jest w radach nowych, młodych, niezależnych kandydatów. PO nie kryje obaw z tego powodu i zapowiada, że ponieważ do rad weszło sporo nowych radnych, którzy nie mają doświadczenia w zarządzaniu i tworzeniu budżetu, złoży on propozycję przeprowadzenia dla nich szkoleń. – Jeszcze w tym roku zamierzamy zwiększyć kompetencje dzielnic i ich budżet. Trzeba więc nauczyć ludzi tworzenia budżetu i dysponowania nim – mówi Stawowy.

AUTOR: Dominika Wantuch

 

Kategorie

Aktualności

 
 
 
  • RSS